SŁOWENIA
Spis treści:
Wyprawa w skrócie
Dzień I
Dzień II
Dzień III
Dzień IV
Dzień V
Dzień VI
Dzień VII
Dzień VIII
Dzień IX
Wyprawa w skrócie:
Trasa: Olsztynek ==> Warszawa ==> Częstochowa ==> Bielsko Biała ==> Rużomberok (Słowacja) ==> Zilina ==> Bratislava ==> Csorna (Węgry)==> Szombathely ==> Kormend ==> Murska Sobota (Słowenia)==>Maribor ==>Ljubljana ==> Piran ==> Ljublana ==> Maribor ==> Graz (Austria)==> Wien ==> Brno (Czechy) ==> Cieszyn ==> Częstochowa ==> Warszawa ==> Olsztynek
Wyjazd: 28.04.2006 (piątek)
Powrót: 06.05.2006 (sobota)
Ilość dni: 9
Wydane pieniądze: 120 zł + 15 euro (na osobę)
Przejechane km: 1393km (do Piranu) + 1332km (do Olsztynka)= 2725km
Najwięcej km jednym stopem: 320km
Najmniej km jednym stopem: 5km, z jakaś babcią na Węgrzech
Największy dystans w 24h: Maribor – Warszawa (932km)
Najkrótszy dystans w 24h: 27 km, Węgry
Najwięcej km pieszo w 24h: 22 km, Węgry (przy autostradzie)
Ilość stopów łącznie: 32
Największa ilość stopów jednego dnia: 7
Najdłuższy czas oczekiwania na stopa: 5h, Słowacja
Przekroczonych granic po drodze: 6
Koncepcja wyjazdu powstała pod koniec marca. W pubie przy piwku ustaliliśmy, że trzeba gdzieś wyruszyć, bo szykuje się aż 10 dni wolnego. Jako że rok temu byłem przejazdem w Słowenii i bardzo podobał mi się ten kraj, postanowiłem zaproponować wyjazd właśnie tam. Krzyśka nie musiałem długo namawiać…
Poniżej szczegółowy opis:
Dzień I
Zarówno ja jak i Krzysiek wstaliśmy około piątej rano, podjarani całym wyjazdem nawet nie narzekaliśmy, że obaj spaliśmy niecałe trzy godziny po całonocnym pakowaniu. O siódmej byłem już u Krzyśka, zrobiliśmy przegląd sprzętu i przepakowaliśmy się. Dwie godziny później zaczęliśmy łapać stopa w Olsztynku. Mieliśmy dobre humory mimo, że przez długi czas nikt się nie zatrzymał. Dopiero o 11 udało nam się złapać jakaś osobówkę. Wysiedliśmy w Mławie na CPNie. Nie czekając długo podszedłem do TIRów na parkingu i wypytałem się czy może ktoś z nich nie jedzie w naszym kierunku. Nikt nie jechał, ale warty przytoczenia jest mój dialog z pewnym kierowcą Rosjaninem (ja rosyjskiego ni w ząb, a on sam mówił po polsko-rosyjsku):
- Dzień dobry, jedzie pan może do Płońska ?
- łomoc dłogłowa
- Do Lwowa ?
- ii. Maszina ni sprawna, pomoc drogowa
- a :D
Z uśmiechem na twarzy ruszyliśmy dalej poszukiwać transportu. Właściwie po chwili już go mieliśmy, i to nie byle jaki bo BUS i to z CB radiem. Początkowo mieliśmy jechać tylko do Płońska jednak okazało się, że możemy jechać wspólnie do Częstochowy, ale z dwoma przystankami w Warszawie. Tak też zrobiliśmy. Już od Warszawy poszukiwaliśmy dalszego transportu na CB radiu:
- mobilki, czy ktoś jedzie na Cieszyn ? Jest dwóch chłopaków do zabrania.
Do Częstochowy nikt konkretny się nie odezwał, być może i ktoś jechał i wziąłby ale dwie osiemnastoletnie blondynki :D Co innego dwóch chłopów z wielkimi plecakami.
Dopiero w Częstochowie udało nam się załatwić przez CB radio dalszy transport. Audi A6, na Słowację (Ruzomberok). Wsiedliśmy i z myślą, że plan na dzisiaj zrealizowany pozwoliliśmy sobie na drzemkę. Granicę przeszliśmy wieczorem gdzieś niedaleko Korbielowa. Ku naszemu zaskoczeniu w górach jeszcze leżało trochę śniegu. Wysiedliśmy przed Ruzomberokiem. Było już ciemno, więc szybko rozbiliśmy namiot. Byliśmy okrutnie głodni, dlatego już po chwili zapychaliśmy się kawałkiem chleba z pasztetem. Smakował wyśmienicie - zwłaszcza po 12 godzinach głodówki. Gdy kładliśmy się spać zaczęło padać…
Dzień II
Wstaliśmy późno, bo rano mocno padało. Przeszliśmy całe miasto, aby móc łapać stopa w kierunku Bratislavy. Baaaardzo długo czekaliśmy aż się ktoś zatrzyma. Dopiero około 16 do Źliny podwiózł nas wyluzowany kolo. Początkowo rozmawialiśmy z nim po polsko-słowacku, jednak potem okazało się, że łatwiej jest po angielsku. Dużo opowiadał nam o sobie, a także o Słowacji. Wysadził nas przy dobrym miejscu do łapania stopa zaraz za Źliną. Zaczęło padać, jednak my nadal twardo łapaliśmy stopa na wodoodporny napis Bratislava. Udało nam się złapać stopa na kolejne kilkadziesiąt kilometrów. Wysiedliśmy na parkingu tuż przy autostradzie. Spytałem się jakiś dwóch starszych facetów czy nas nie podwiozą do Bratislavy. Zgodzili się, lecz niechętnie. Jak się później okazało są politykami i ciągle coś gadali o socjalizmie (niewiele mogłem zrozumieć), nasza rozmowa ograniczyła się do: Lublana, Węgry, polskie drogi złe na północy…
Wyrzucili nas w centrum Bratislavy. Nie chciało im się nas podwieźć 7 km do przejścia z Węgrami. No cóż, pozostało nam tylko kombinować na własną rękę. Zrobiliśmy zdjęcie planu miasta na stacji benzynowej, po czym zapytaliśmy paru ludzi o drogę i ruszyliśmy piechotą w kierunku granicy. Padało, wiało, wszystko było mokre my jednak nadal byliśmy zadowoleni sam nie wiem, z czego. Po drodze spotkaliśmy Polaka, którego postanowiliśmy zapytać o drogę, ale on sam słabo się orientował się w tym mieście, za to zaprosił nas do Night Clubu na jak to on powiedział: kawę, herbatkę, dziewczynki? Bardzo chciało nam się pić, ale odmówiliśmy :D W końcu postanowił nas podwieźć do przejścia. Koleś był, co najmniej dziwny, miał swoją przestrzeń i chyba chciał przekazać nam coś ważnego. Tak czy inaczej nie skumaliśmy jego przesłania. Pożegnał nas tekstem: Pomagajcie, pomagajcie!
Zaraz za przejściem udaliśmy się na parking gdzie pewien polski kierowca powiedział nam, że wszystkie TIRy mają zakaz ruchu przez następne dwa dni (z okazji świąt). Więc nici z dobrego stopa na parkingu, a pokładałem w nim takie nadzieje… Zmęczeni, zmoczeni i zniesmaczeni absurdem całej tej sytuacji znaleźliśmy kawałek lasu zaraz za granicą przy autostradzie. Po zjedzeniu zupki mlecznej z wodą gazowaną położyliśmy się spać.
Dzień III
Rano padało (nic nowego). W nocy strasznie wiało a namiot mieliśmy rozstawiony na szybkiego bez odciągów, dlatego dostało nam się trochę tropikiem po głowie. O 12 przestało padać, więc zabraliśmy się za składanie obozu. Szło nam to jakoś powolnie… Gdy już prawie skończyliśmy przy autostradzie zauważyłem zatrzymany samochód a przed nim dwóch policjantów. Poprosili nas o paszporty, obejrzeli obóz i… odjechali:D W międzyczasie ustaliliśmy, że musimy piechotą przejść około 20 km wzdłuż autostrady, aby dotrzeć do pierwszego zjazdu na południe (autostrada prowadzi do Budapesztu). Dystans przeszliśmy do 18, po drodze pokonując niezliczoną ilość ogrodzeń i dwie rzeki. Mapa, którą posiadaliśmy (1:4000000) lekko mówiąc nie wystarcza do takich pieszych wędrówek. Wieczorem udało nam się jeszcze podjechać kawałek stopem do najbliższej miejscowości. Było już późno, więc zdecydowaliśmy się rozbić obóz.
Po bardzo męczącym dniu położyliśmy się spać w nadziei na spokojny odpoczynek... Jednak nie ! Już o 22 usłyszałem huk
Mówie, kurde atomówka
Boom, boom
Krzysiek na to: nie no, trzech to by nie mieli
Okazało się ze to tylko fajerwerki.
Nie wiem jak to długo trwało, bo byłem tak zmęczony ze mimo wszystko zasnąłem.
To nie był jednak koniec ”Węgierskich atrakcji”. Około 2 w nocy obudził nas ryk dzikiego knura polnego... nie mieliśmy siły żeby dziada ubić :D
Dzień IV
Oczywiście wstaliśmy później niż planowaliśmy bo... padał deszcz. O 13 zaczęliśmy łapać. Najpierw podjechaliśmy do Csorny jakimś busem, potem Krzysiek swoją magiczną ręką złapał Maseratti, którym dojechaliśmy do miejscowości Szombathely. Kolejnym stopem dojechaliśmy do Kormend. Zaszliśmy na stację benzynową po wodę. Tam zagadaliśmy jednego z jej pracowników a on zoferował nam transport w kierunku Słowenii za 40 minut. Po dojechaniu na miejsce zaproponował nam piwo, ale my odmówiliśmy (tym razem nie chciało nam się pić). Niestety tego wieczora nie złapaliśmy już stopa. Zza chmur wyszło słońce a okolica zrobiła się ciekawsza, pojawiły się małe wzgórza, jakiś potok. Namiot rozbiliśmy niedaleko drogi.
Dzień V
Wstaliśmy jak zawsze później niż było to zaplanowane. Chyba musimy ustalać jakieś sensowniejsze godziny pobudki. Po wyjściu z namiotu ujrzeliśmy policyjny radiowóz zajmujący nasze miejsce do łapania. Spokojnie złożyliśmy obóz i zrobiliśmy coś do jedzenia, a policja w międzyczasie sobie odjechała. Łapanie stopa szło ciężko. W końcu zatrzymała się ciężarówka. Kierowca podwiózł nas do Lenti – 5 km od przejścia granicznego gdzie udaliśmy się już na piechotę. Od granicy maszerowaliśmy kolejne 5 km do zjazdu na Ljubljanę. Tam po niedługim czasie zatrzymała się kobieta, która podwiozła nas do Murskiej Soboty. Następnie Krzysiek na swoją „złotą rękę” zatrzymał Toyote Celicę. Chłopak, który nas podwoził był trochę mało rozmowny, ale gdy już mieliśmy wysiadać zaproponował nam nocleg u siebie w domu (20km od Ljubljany). Po 40 minutach dotarliśmy na miejsce. On z żoną szybko poszli spać, a my w końcu się umyliśmy :D Zrobiliśmy coś do jedzenia i wysłaliśmy maile do naszych rodzin. Spać położyliśmy się około 1.
Dzień VI
Pobudka o 6 – tym razem przymusowa. Chłopak, który nas gościł jadąc do pracy podwiózł nas na drogę do Ljubljany. Tam szybko złapaliśmy stopa: zatrzymał się dość zabawny facet. Nie potrafił za bardzo rozmawiać po angielsku, co nie znaczy, że nie rozmawiał. Wywiózł nas za Ljubljanę i pożegnał tekstem: and remember guys, you can not hitchkok on die Autobahn.
Z Ljubljany szybko złapaliśmy stopa do Vrhniki, następnie do Logatec z jakimś wojskowym, który dał nam bułki i herbatę :D a potem z sympatyczną studentką do Postojnej. Tam zwiedziliśmy najsłynniejszą jaskinię Słowenii, po czym udaliśmy się w kierunku zamku w Predjamie. Po jego zwiedzeniu poszliśmy z powrotem w kierunku Postojnej. W połowie drogi zdecydowaliśmy się rozbić obóz bo okolica była ładna a pogoda dobra. Uznaliśmy, że należy nam się trochę odpoczynku. Zrobiliśmy sobie coś do jedzenia i do wieczora odpoczywaliśmy zachwycając się pięknem krajobrazu.
Dzień VII
Rano przemaszerowaliśmy 7 km do trasy na Koper (miasto nad Adriatykiem). Trochę to trwało zanim udało nam się złapać stopa. Tego dnia szczęście było po naszej stronie bo kierowca Audi A3 jechał prosto nad morze. Po drodze klimat powoli zmieniał się w śródziemnomorski, który bardzo przypadł mi do gustu. Dojechaliśmy do Piranu – podobno najpiękniejszej słoweńskiej miejscowości położonej nad morzem. Leży ona na półwyspie (dawniej była to wyspa- którą zajęli piraci – stad nazwa Piran). Pogoda była słoneczna a temperatura w granicach 25*C. Zwiedzanie miasta trwało pół dnia. Potem stopem udaliśmy się z powrotem do Koper’u, gdzie wiele razy zmienialiśmy miejsce do łapania stopa. W końcu zdecydowaliśmy się pójść na autobus, jednak gdy dotarliśmy na dworzec dowiedzieliśmy się, że ostatni odjechał 10 minut temu. Postanowiliśmy iść na piechotę wzdłuż autostrady do pierwszego zjazdu na Postojną. Później się okazało, że wybrana przez nas droga przebiega częściowo przez zamknięty port, więc nie mogliśmy przejść. W tej sytuacji postanowiliśmy znaleźć pierwszy lepszy kawałek trawnika (już nie lasu) aby rozbić namiot i choć chwilę się przespać. Udało się to nam po paru godzinach poszukiwań! Z pierwszego miejsca gdzie rozbiliśmy namiot pogonił nas pies, za drugim razem było już spokojnie. Położyliśmy się po 2.
Dzień VIII
Wstaliśmy o 6 aby nie mieć przejść z policją (rozbiliśmy się na prywatnej działce). Od razu poszliśmy łapać stopa. Udało nam się to zaskakująco szybko, ale podjechaliśmy tylko 6 km autostradą do zjazdu na Postojną. Stamtąd dwoma stopami dotarliśmy do Logatec. Tam okazało się, że nie tylko my w tym kraju jeździmy stopem :D – spotkaliśmy dwóch autostopowiczów jadących również do Ljubljany. Zatrzymał się jakiś samochód i cała nasza czwórka zapakowała się do niego. Kierowca mimo, że potrafił rozmawiać po angielsku mówił do nas po słoweńsku i częściowo po polsku (studiował w Krakowie) twierdząc, że zrozumiemy się bo: ”my wszyscy słowiańskie dusze”. Wysiedliśmy za Lubianą zaraz przy autostradzie na Maribor. Stopa złapaliśmy w niecałą minutę. Podwoził nas student rolnictwa, a właściwie absolwent (właśnie napisał ostatni egzamin). Po drodze widzimy Triglav (najwyższy szczyt Słowenii). Zabrakło nam czasu aby odwiedzić Alpy Julijskie, ale może uda się następnym razem… Wysiedliśmy blisko centrum i piechotą udaliśmy się w kierunku autostrady do Austrii. Nie znaleźliśmy żadnego dobrego miejsca do łapania stopa, ale za radą Krzyśka (a spróbuj, zobaczymy jakie będą reakcje) machnąłem raz na dojazdowym ślimaku do autostrady i... zatrzymał się pierwszy samochód- BMW. Dojechaliśmy nim do Wiednia. Na szczęście zostaliśmy podwiezieni za miasto, na trasę do Brna. Uzupełniliśmy zapasy wody na stacji i zaczęliśmy łapać stopa. Ku naszemu zdziwieniu przejeżdżało tamtędy dużo polskich samochodów. Po 15 minutach zatrzymali się… nasi rodacy. Potem okazało się, że rano wyjechali z Ljubljany… Wspólnie dojechaliśmy do Brna. Oni poszli zwiedzić miasto a my przygotowaliśmy sobie posiłek. Umówiliśmy się, że po północy przyjadą po nas i razem wrócimy do Polski. Czekaliśmy do 2 w nocy. Po przejechaniu 70 km przez Czechy zrobiliśmy przerwę na drzemkę.
Dzień IX
Wyruszyliśmy jak zrobiło się jasno. Przeszliśmy granicę w Cieszynie. Potem przez Katowice dojechaliśmy prawie do Piotrkowa Trybunalskiego. Stamtąd złapaliśmy TIRa do Warszawy. A ze stolicy przyjechaliśmy autobusem do Olsztynka.