SZWECJA
Spis treści:
Wyprawa w skrócie
Dzień I
Dzień II
Dzień III
Dzień IV
Dzień V
Dzień VI
Dzień VII
Dzień VIII
Dzień IX
Dzień X
Dzień XI
Dzień XII
Dzień XIII
Dzień XIV
Dzień XV
Dzień XVI
Wyprawa w skrócie:
Trasa: Olsztynek ==> Gdańsk==> Nyneshamn ==> Stockholm ==> Orebro ==> Stockholm ==> Ostersund ==> Stromsund ==> Gaddede ==> Umea ==> Ostersund ==> Mora ==> Orebro ==> Stockholm ==> Nyneshamn ==> Gdańsk ==> Olsztynek
Wyjazd: 16.07.2005 (sobota)
Powrót: 31.07.2005 (niedziela)
Ilość dni: 16
Wydane pieniądze: ~600zł (na osobę)
Przejechane km: 2978km (+ ponad 1000km promami)
Najwięcej km jednym stopem: 228km
Najmniej km jednym stopem: 10km, z jakaś babcią
Największy dystans w 24h: 350km (Gaddede – Umea)
Najkrótszy dystans w 24h: 0km
Najwięcej km pieszo w 24h: 18km (droga przez pustkowie – okolice Gaddede)
Ilość stopów łącznie: 20
Największa ilość stopów jednego dnia: 6
Najdłuższy czas oczekiwania na stopa: 8h, Asele
Przekroczonych granic po drodze: 2
Początkowo planowaliśmy wyjechać do Szwecji w celach zarobkowych. Później jednak koncepcja uległa zmianie. Nie mieliśmy żadnej pewnej roboty, więc postanowiliśmy udać się tam typowo turystycznie.
Poniżej szczegółowy opis:
Dzień I
Późnym popołudniem wypływamy z portu w Gdańsku. W podróży promem do Nynenshamn towarzyszy nam Krzysztof M. (nasz znajomy). Gdy minęliśmy Hel zaczęło mocniej wiać, więc udaliśmy się na otwarty pokład. Wróciliśmy wieczorem, zjedliśmy kolację i poszliśmy spać.
Dzień II
Obudziliśmy się około 9, po zjedzeniu śniadania wyszliśmy na pokład podziwiać szkierowe wysepki. Po 11 nasze stopy dotknęły szwedzkiej ziemi. Krzysiek M. zaproponował nam abyśmy zatrzymali się u niego w Orebro (200 km na zachód od Sztokholmu) na jeden dzień celem ustalenia dalszej trasy. Oczywiście nie odmówiliśmy :D Około 15 byliśmy na miejscu. A wieczorem pojechaliśmy na ryby (złowiłem szczupaka). Po powrocie ustaliliśmy, że pojedziemy do Ostersund.
Dzień III
Wstaliśmy około 10, zjedliśmy „małe” śniadanko i poszliśmy na pociąg. Odjechaliśmy przed 14: najpierw do Sztokholmu, a stamtąd do Ostersund. O 21 dotarliśmy na miejsce. Peron wyglądał jak klasyczne zadupie, za to samo miasto znacznie lepiej. Po opuszczeniu miasta przeszliśmy parę kilometrów drogą w kierunku Strumsund aby znaleźć miejsce na obóz. Zatrzymaliśmy się przy strumyczku nieopodal autostrady. Po powrocie z krótkiego obchodu, Krzysiek wyraźnie zaskoczony powiedział z lekkim niedowierzaniem, że chyba widział wilka co jest w Szwecji dużą rzadkością gdyż żyje ich tam tylko parędziesiąt sztuk. Zbytnio nie przejmując się tym faktem zabraliśmy się za gotowanie kolacji. Po chwili na autostradzie zatrzymało się stare Volvo. Wyszedł z niego mężczyzna i rozpoczął z nami rozmowę. Okazało się, że jest myśliwym i również widział tego wilka – był tym bardzo podekscytowany. Postanowił wywieźć nas na pole namiotowe ponieważ wilk w trakcie naszej rozmowy pojawił się ponownie. Około 2 w nocy dotarliśmy na kemping. W trakcie jazdy myśliwy udzielił nam kilka cennych wskazówek odnośnie łapania stopa w Szwecji. Pożegnaliśmy się, następnie wypiliśmy Martini ziołowe na sen, no i... poszliśmy spać.
Dzień IV
Wstaliśmy późno, a potem długo odpoczywaliśmy nad jeziorem łowiąc ryby. Około 13 postanowiliśmy udać się w dalszą drogę. Złapaliśmy stopa (wesołą budkę – camping car) do Strumsund. Po dotarciu na miejsce poszliśmy do informacji turystycznej, zabraliśmy darmowe mapy i dalej ruszyliśmy w stronę Gaddede. Niestety do wieczora nie zatrzymał się nikt oprócz fajnej blondynki, która myślała że mamy problem z odnalezieniem trasy na mapie. Po kilku godzinach łapania zrezygnowaliśmy i zaczęliśmy szukać miejsca na obóz. Znaleźliśmy je dopiero 4 km dalej nad pobliskim jeziorem. Miejsce było niezłe bo niedaleko znajdowała się wiatka, jedynym mankamentem była bardzo duża ilość mrówek leśnych. Przed snem zażyliśmy zimnej kąpieli w jeziorze, które było kompletnie pozbawione roślinności.
Dzień V
Obudziliśmy się około 9. Niestety ciągle padało (zaczęło w nocy). W namiocie było parno i duszno. Zdecydowaliśmy się ruszyć do pobliskiej wiatki, zabraliśmy cały prowiant. Wiatka (niska, ale sucha) bardzo ułatwiła nam życie bo deszcz nie przestawał padać. Przygotowaliśmy posiłek, rozpaliliśmy ognisko. Wieczorem wróciliśmy do namiotu. Zasnęliśmy w nadziei na poprawę pogody.
Dzień VI
Wstaliśmy wcześnie rano. Deszcz ciągle padał, ale mimo to postanowiliśmy dalej ruszać w drogę. Około 9 ruchu na drodze praktycznie nie było, ale stopa udało nam się złapać stosunkowo szybko. Podwiozła nas jakaś kobieta. Po drodze zatrzymaliśmy się u niej na śniadanko, potem podrzuciła nas 40 km nad wodospad Hallsingsafallet (szwedzki Niagara). Wodospad robił duże wrażenie. Po jego obejrzeniu poszliśmy szlakiem wzdłuż kanionu w dół rzeki. Po drodze znaleźliśmy dobre miejsce na obóz i postanowiliśmy się tam zatrzymać na noc. Byliśmy jedynymi osobami nocującymi w namiocie, reszta turystów preferowała wozy kempingowe a to z powodu obawy przed licznie występującymi w tych rejonach niedźwiedziami brunatnymi.
Dzień VII
Na szczęście w nocy niedźwiedzie nas nie zjadły... Zjedliśmy śniadanie, rozpaliliśmy ogień i podsuszyliśmy nad nim ubrania. Po południu kontynuowaliśmy dalszą pieszą wędrówkę (tzw. „drogą przez pustkowie”) w kierunku Gaddede. Wieczorem doszliśmy do atrakcyjnego miejsca na obóz. Położone one było nad rzeką – jak się później okazało pełną ryb. Wieczorem przy ognisku wspólnie ustaliliśmy że zostaniemy tu na dłużej gdyż to miejsce bardzo nam się spodobało.
Dzień VIII
Nie śpieszyliśmy się ze wstawaniem. W ciągu dnia zajęliśmy się głównie łowieniem ryb, niestety część naszego sprzętu wędkarskiego była zbyt ciężka na płytkie szwedzkie wody. Niejednokrotnie zdarzało nam się zahaczyć o wodną roślinność, w związku z czym często zmuszeni byliśmy do zimnych kąpieli celem odczepienia blachy.
Dzień IX
Rano, po wyjściu z namiotu zauważyliśmy w pobliżu jakiś wędkarzy, jako że nie było już miejsca na dwie kolejne wędki a nie chcieliśmy zbytnio oddalać się od obozu zajęliśmy się rozpaleniem ognia i przygotowaniem śniadania. Około południa jeden z wędkarzy złowił szczupaka po czym nas zawołał. Bardzo słabo mówił po angielsku ale zdołał nam wytłumaczyć ze wędkuje dla sportu a szczupaka możemy zabrać jeśli chcemy. Jako, że przez ponad tydzień nie widzieliśmy żadnego mięsa bez zastanowienia wzięliśmy rybę. Przez następne pięć posiłków jedliśmy szczupaka.
Dzień X
Kolejny dzień odpoczynku (już ostatni). Wiele się nie działo może poza tym, że obaj wpadliśmy do wody w ubraniach. Ja oparłem się podczas łowienia o zbyt cienkie drzewo nad brzegiem rzeki, a Krzysiek stanął na zbyt śliskich kamieniach podczas robienia zdjęcia. Wieczorem wstępnie uporządkowaliśmy obóz aby następnego dnia rano móc szybciej ruszyć w drogę.
Dzień XI
Wstaliśmy wcześnie. Po spakowaniu ruszyliśmy piechotą w kierunku Gaddede. Gdy dotarliśmy na miejsce zrobiliśmy małe zakupy, a następnie wyszliśmy kawałek za miasto aby łapać stopa. Po chwili zatrzymał się terenowy samochód. Podjechaliśmy parędziesiąt kilometrów w kierunku Strumsund. Stamtąd wesołą budką z jakimiś Niemcami dojechaliśmy do Dorotea. Wysiedliśmy na jakimś pustkowiu i dalej łapaliśmy stopa. Po chwili jechaliśmy już terenową Hondą. Dotarliśmy do Asele. Kupiliśmy coś do jedzenia w supermarkecie i wróciliśmy na drogę. Zatrzymało nam się stare Volvo, ledwo zmieściliśmy się z naszymi wielkimi plecakami. Jechaliśmy wspólnie ponad 100 km więc Krzysiek po drodze się przespał. Gdy wysiedliśmy w Bjurholm zaczęło padać. Postanowiliśmy przez chwilę połapać stopa a potem poszukać miejsca na obóz. Jednak po paru minutach zatrzymał się nam samochód, którym dojechaliśmy do Umea. Wysiedliśmy na przedmieściach. Stamtąd doszliśmy piechotą do centrum. Następnie autobusem dojechaliśmy do Holmsund gdzie znajdował się port. Późnym wieczorem rozbiliśmy namiot parę metrów do morza i po zjedzeniu kolacji położyliśmy się spać.
Dzień XII
Rano udaliśmy się na terminal aby spytać o bilety promowe do Vassy (Finlandia). Kosztowały jak dla nas za dużo (prawie tyle co powrotne do Polski, ale odcinek jest zdecydowanie krótszy), dlatego zrezygnowaliśmy i autobusem wróciliśmy do Umea.
Po długim wyczekiwaniu na dworcu w końcu wyjechaliśmy autostradą 40 km za miasto aby móc łapać stopa. Wysiedliśmy w złym końcu miasteczka o nazwie Vannas, więc byliśmy zmuszeni do przejścia go pieszo. Jednak już maszerując łapaliśmy stopa i to skutecznie – zatrzymał nam się Szwed jadący BMW. Niestety podwiózł nas tylko za miasto. Tam kontynuowaliśmy łapanie stopa. Tym razem zatrzymał się młody chłopak. Wspólnie przejechaliśmy prawie 100 km, a po drodze opowiadał nam o swoich podróżach (również autostopem). W międzyczasie rozpadał się deszcz. Wysiedliśmy na paru kilometrowym prostym odcinku drogi. Długo próbowaliśmy kogoś zatrzymać jednak samochody jechały bardzo szybko. Jak zaczął zbliżać się wieczór zrezygnowaliśmy i gdy już odchodziliśmy Krzysiek machnął ręką do przejeżdżającego autobusu i… zatrzymał się! Szybko do niego podbiegłem, przywitałem się i od razu z tekstem:” but we don’t have money”. Kierowca tylko machnął głową co znaczyło ze mamy wsiadać. Autobusem dojechaliśmy z powrotem do miejscowości Asele. Po napełnieniu butelek wodą udaliśmy się za miasto aby znaleźć miejsce na obóz. Rozbiliśmy namiot i poszliśmy do lasu najeść się jagód i maliny moroszki. Krzysiek położył się spać wcześniej. Ja długo suszyłem buty i ubrania.
Dzień XIII
Po zwinięciu obozu od razu poszliśmy łapać stopa. Jakiś Szwed, który mieszkał po drugiej stronie drogi przyniósł nam owoce i chwilkę z nami porozmawiał. Czekaliśmy na stopa równe osiem godzin. W akcie desperacji Krzysiek powiedział: Jak się wkur*e to zaraz coś złapie. Najwyraźniej nie żartował bo zatrzymał się pierwszy nadjeżdżający samochód. Podjechaliśmy aż 10 km! Następnie zjedliśmy szybko obiad i jeszcze bardziej zdesperowani postanowiliśmy iść na piechotę jednocześnie łapiąc stopa. W razie czego do domu jakieś 2000 km :D Po przejściu niecałego kilometra zatrzymaliśmy samochód. Małżeństwo jadące na wakacje do Ostersund – super bo to około 200 km do przodu a do tego w tym mieście jest niezłe pole namiotowe. Wysiedliśmy gdzieś w centrum miasta i od razu piechotą ruszyliśmy w kierunku kempingu. Po drodze Krzysiek znowu rzucił tekstem: jak na naszym polu namiotowym będzie beach party to będzie brecht. Oczywiście po dojściu do celu okazało się, ze jest party na naszym kempingu i to przednie. Kupa namiotów, wielka scena.. prawie jak Woodstock (prawie!). No fajnie fajnie impreza, ale nie tym razem. Byliśmy zbyt zmęczeni i „pachnieliśmy ogniskiem”. Pierwszym autobusem pojechaliśmy do rozjazdu na Sveg (dalej Mora i Orebro). Tego dnia stopa już nie łapaliśmy. Szybko znaleźliśmy kawałek równego pola pod namiot, zrobiliśmy coś do jedzenia, wywiesiliśmy mokre ciuchy i poszliśmy spać.
Dzień XIV
Wstaliśmy jak zawsze skoro świt o 9 :D i poszliśmy łapać stopa w kierunku Sveg. Po niedługim czasie zatrzymał się jakiś dziadek Hyundai’em. Mimo swojego wieku dobrze rozmawiał po angielsku. W trakcie jazdy jakiś samochód dał nam sygnał światłami. Okazało się, że za zakrętem po drodze biegną renifery. Był to dość nietypowy widok. Zwierzęta w ogóle nie miały zamiaru zbiec na pobocze. Po jakiejś godzinie jazdy nasze drogi rozbiegły się. Wysiedliśmy na skrzyżowaniu w środku lasu. Jak zawsze podróż nas niezwykle zmogła więc musieliśmy się posilić. Po godzinnej przerwie obiadowej wróciliśmy na drogę dalej łapać stopa. Sam nie wiem czy to z nudów czy z powodu małego ruchu zaczęliśmy wdrapywać się na ogromne kamienie stojące przy drodze. Po pewnym czasie i to nam się znudziło, więc postanowiliśmy jak zawsze piechotą ruszyć do przodu. Po niedługim czasie zatrzymał się TIR. Kierowca słabo mówił po angielsku. Chciał wysadzić nas już w Sveg, ale jakoś udało nam się wytłumaczyć, że jednak pojedziemy razem do Mora (parędziesiąt km dalej). Jechaliśmy przez bardzo piękne okolice. Słońce w końcu wyszło zza chmur, pojawiły się wzgórza. Wysiedliśmy na stacji benzynowej i bez chwili odpoczynku wróciliśmy na trasę. Dość szybko udało się nam złapać kolejnego stopa. Skoda Octavia, kierowcą był młody chłopak. Mówił, że jest hokeistą ponadto uczy się i trochę pracuje. Ciągle narzekał na radarowy pomiar prędkości (w Szwecji zdjęcie można dostać co parę km). Wysiedliśmy w Borlange. Ja byłem nieco nie w pełni dyspozycji a to z powodu tabaki którą częstował. Po małym posiłku wróciła mi zdolność chodzenia do przodu. Zatem w nadziei, że być może jeszcze tego dnia uda się dotrzeć do Orebro zaczęliśmy znowu łapać stopa. Zatrzymał się terenowy Hyundai. Prowadził go starszy Szwed. Długo nie rozmawialiśmy. Życzył nam tylko powodzenia. Wysadził nas w miejscowości Ludvika. My wciąż myśląc, że Orebro coraz bliżej kontynuowaliśmy łapanie stopa. Niestety tego dnia już nikt nas nie podwiózł (co nie znaczy że się nie zatrzymał). Około 23 daliśmy spokój i jak co wieczór wyruszyliśmy na poszukiwania miejsca pod namiot. Daleko nie musieliśmy bo kawałek trawy pod namiot i jezioro znajdowały się tuż obok. Gdy położyliśmy się spać usłyszeliśmy niepokojące piszczenie. Okazało się że mam dziurę w materacu. Skleiliśmy ją ale niewiele to dało. No cóż dobrze że zdarzyło się to teraz a nie na początku wyprawy.
Dzień XV
Obudziłem się na ziemi, bo w ciągu nocy powietrze w całości zeszło z materaca. Zaraz po śniadaniu wróciliśmy łapać stopa. Zatrzymał się jakiś facet, który jak się później okazało zatrudniał paru chłopaków z Polski do malowania domu. Zamieniliśmy z nimi parę słów i pojechaliśmy dalej. Po chwili wysiedliśmy i zaczęliśmy dalej łapać. Tym razem oczekiwanie na stopa trwało bardzo długo. Zatrzymała się kobieta, która jechała gdzieś nad Wenner na kurs przetrwania. Jechała… przez Orebro. Po drodze próbowaliśmy dodzwonić się do Krzyśka M. jednak nie udało się nam. Ehhh, ten roaming. Gdy wysiedliśmy w Orebro od razu wyciągnęliśmy plan miasta, który wcześniej dostaliśmy od Krzyśka M. Okazało się, że mamy grubo ponad 3 km do przejścia piechotą. Po południu doszliśmy pod mieszkanie Krzyśka. Niestety nie było go w domu. Po paru godzinach w końcu udało nam się z nim skontaktować. Powiedział, że mamy przyjść do niego do szpitala, wziąć klucze i… czuć się jak u siebie :D
Samo dojście do szpitala nie było problemem, trudniej było znaleźć samego Krzyśka, ale gdy i to w końcu się nam udało ten przywitał nas tekstem: Cześć, ale chłopaki pachniecie ogniskiem ! Nie wątpię, że pachnieliśmy ogniskiem, ale bynajmniej nie tylko ogniskiem…
Godzinę później brałem już prysznic a Krzysiek przygotowywał obiad.
Wieczorem gdy wrócił gospodarz przyszedł czas na opowieści z całej wyprawy – bardzo interesowały go nasze przygody. W końcu położyliśmy się spać do łóżek! Czyści i pachnący :D
Dzień XVI
Cały poranek spędziliśmy na poszukiwaniach połączenia promowego do Polski. Jeden z promów Stena Line uległ uszkodzeniu więc droga przez Karlskronę odpadła. Jedyną opcją był powrót przez Nyneshamn. Po południu Krzysiek M.odwiózł nas na pociąg do Sztokholmu. W stolicy Szwecji przesiedliśmy się do pociągu jadącego do Nyneshamn. Z małymi przygodami dotarliśmy na miejsce. Po odnalezieniu terminalu szybko kupiliśmy bilety i weszliśmy na pokład. Mieliśmy wykupione tylko fotele lotnicze (najtańsza opcja), więc zmuszeni byliśmy spać albo właśnie w fotelach albo gdziekolwiek na podłodze. Ostatecznie rozłożyliśmy materace w najczystszym przedziale dla matek z dziećmi.
Rano po obfitym śniadaniu ujrzeliśmy Gdańsk. Godzinę później stanęliśmy już na polskiej ziemi. Tu kończy się nasza wyprawa.